Offmine

Polska z Offu: Warto posłuchać vol. II

25.02.2021

Na co dzień na naszym blogu Polska z Offu skupiamy się na aktualnych premierach i trochę brakowało nam miejsca, żeby móc opowiedzieć o płytach, do których chętnie wracamy, a które premierę miały kilka, kilkanaście, czy kilkadziesiąt lat temu. Na szczęście pojawiło się OFF MINE, dzięki któremu możemy otworzyć nasze zakurzone muzyczne szuflady i polecić Wam trochę świetnej muzyki. Zapraszamy do kolejnej odsłony naszego cyklu, tym razem wzięliśmy na warsztat muzykę elektroniczną, w jej mnogości barw i kształtów:

Robodrom - s/t (self-release, 2014) 

Dekadę temu było lato i kumpel zabrał mnie nad Wisłę na koncert „kapeli brata koleżanki z liceum”. Na niedużej scence pod chmurą zastaliśmy dwóch typów z mikrofonami. Zero instrumentów, chyba tylko laptop i dziwna, sztuczna, ale bardzo skoczna nuta puszczana spod palca. Nie miałem wtedy wiele styczności z muzyką elektroniczną, tym bardziej to, co zaproponował wtedy Robodrom wystrzeliło mnie z butów. Dość proste kompozycje oparte na tłustym brzmieniu syntezatorów i bujających bitach chłopaki łączyli z absurdalnymi tekstami, które często były obsesyjną apologią sztuczności, mechaniczności, robotyczności, laserowości, kampowego retro-futuryzmu i tym podobnych. No i wykon: miał w sobie coś prawie kabaretowego (w dobrym tego słowa znaczeniu), był jakby hołdem dla bzdury, radosnego bezwstydu i ekscesu. Po tym koncercie całymi dniami i tygodniami chodziła za mną groteskowa Królowa śniegu czy kompletnie niedorzeczny break-up song: Artur. Szczerze śmiałem się na wspomnienie tego ekscentrycznego i na swój sposób bardzo zabawnego show.

Tych dwóch ziomków to był Tomasz Robaczewski i Grzegorz Drojewski. Chyba dość krótko występowali tylko we dwóch, może zorientowali się, że mają w rękach (i głosach) jakiś interesujący koncept muzyczno-performatywny i postawili na rozwój. Rozwinęło się Robodromowe instrumentarium: pojawił się Jan Ambroziewicz ze swoim keytarem, stół DJ-ski, gitara elektryczna, a nawet cała sekcja dęta. Aranże live zaczęły robić się nieco bardziej złożone, chłopaki pojawiali się to tu to tam i jak na niszowy zespół ich single zaczęły gromadzić całkiem niezłą publiczność na YouTube. Notatką z tych czasów jest ich jedyny do tej pory longplay z 2014 roku. To barwna płyta, która – dla mnie – oddaje nieco energii wczesnego Robodromu, choć jest to zespół raczej singlowy, niż albumowy.

W pewnym momencie Drojewski odszedł i zaczął karierę w dubbingu (i słusznie, bo to niezwykle plastyczny głos), zastąpił go na jakiś czas Krzysztof Szczepaniak – charyzmatyczny aktor warszawskiego Teatru Dramatycznego. Po zmianie line upu powstawały i kolejne numery (np. rewelacyjne Cukierki), które błyszczały żywszą niż dotąd produkcją, większą dynamiką, bardziej przemyślanymi aranżami. Numery, które chyba chciały być hitami.

Ostatni koncert formacji na którym byłem, odbył się latem 2019 w Domu Zabawy i Kultury DZiK w Warszawie, gdzie jako Robdorom wystąpił już tylko duet Tomka i Janka, otoczonych wyłącznie elektroniką: syntezatorami, grooveboxami, kostkami efektowymi, laptopem i mikrofonami. Grali Robodromowe evergreeny, ale tym razem występ miał posmak półimprowizowanego DJ-setu. Znowu inaczej niż do tej pory, ale też z polotem i energią. Sala DZiKa była nabita do pełna, a widownia ewidentnie dzieliła się na przyjaciół i znajomych, którzy pamiętali twórcze wygłupy chłopaków sprzed niemal dekady i znacznie młodszych – tych, którzy znają ich z YouTube i do których przemawia przystępna ekscentryczność tej muzyki.

Trwająca dekadę z przerwami kariera Robodromu to wiele zmian składów i dekoracji, choć ta sama esencja. Zastanawia mnie, na ile świadoma jest ta kariera: na ile robiona dla autentycznej frajdy – którą w różnych proporcjach czuć było w każdej konfiguracji zespołu – a na ile z myślą o wyzyskaniu komercyjnego potencjału projektu – który jest (był?) niezaprzeczalny. Może najlepsze jeszcze przed Robodromem? // SK

TER – Remains (Jesień, 2017)

Wydane już blisko cztery lata temu Remains autorstwa Magdy Ter, do dziś nie traci na świeżości. Oparta na analogowym brzmieniu elektronika z pogranicza ambientu i techno powoli odkrywa swoje karty, zabierając słuchacza na jakąś odległą planetę. Włączając ten album, czuję się jak astronauta stawiający swoje pierwsze kroki gdzieś poza układem słonecznym. Na początek uderza mnie widok pustynnego krajobrazu tej TER-owej planety, który powstaje z wolna rozwijających się ambientowych padów. Stawiając kolejne kroki, słyszę dziwne, niepokojące dźwięki, które dają mi do zrozumienia, że gdzieś na tej pustyni kryje się życie – to wrażenie malują świetne i nieoczywiste barwy wykręcone na syntezatorach. Atmosferę tajemnicy podkreślają nieregularnie pojawiające się sample perkusyjne. Z każdym kolejnym krokiem nowa planeta odsłania przede mną swoją historię. To oczywiście tylko moja interpretacja, ale nic nie poradzę, że Remains brzmi dla mnie jak soundtrack z najlepszego filmu science-fiction. Samą płytę usłyszałem po raz pierwszy dopiero 3 lata po jej premierze, kiedy to będąc na jednej z warszawskich edycji Targów Małych Wydawców kupiłem egzemplarz „w ciemno”. Może stąd u mnie te eksploracyjne skojarzenia, bo dokładnie taką podróżą po terra incognita był dla mnie pierwszy odsłuch. 

 

Remains doceniam też za umiejętność budowania opowieści na szczególe. Przez większość utworów towarzyszą nam delikatne ambientowe loopy, które powoli rozwijają się dzięki stopniowej modulacji brzmienia. Co jakiś czas dołączają do tego pełne napięcia perkusyjne wstawki, które grają często wbrew charakterystycznej dla techno transowości - dużo jest tutaj eksperymentu, szczególnie na poziomie brzmienia perkusjonaliów. W to wszystko wplątane są nie-melodie, które pojawiają się znikąd i znikają równie szybko, czasem przypominając szmer stóp, stukanie wody w rurach, czy dźwięki telewizora, który zbyt głośno gra u sąsiada piętro wyżej. Magda Ter potrafi te wszystkie nie-melodie włączyć do kompozycji w naturalny sposób i nadać im znaczenie, a jednocześnie pozostawić je nieuchwytnymi dla słuchacza. To opowieść, która niesamowicie wciąga, dajcie się jej porwać i odkryjcie dla siebie tę planetę. // NS

kIRk - Zła krew (InnerGuN / Oficyna Biedota 2013)

Mija właśnie dekada, odkąd zespół kIRk usadowił się na rodzimej scenie niezależnej wydaniem pierwszego albumu, Mszy świętej w Brąswałdzie. Przedziwne to było, wciągające, brutalne granie, nojzujące, technujące i dżezujące naraz. I przebojem wdarło się w uszy offowych słuchaczy, raz, że dzięki swojej świeżości i jakości, dwa - dzięki charyzmatycznym muzykom, tworzącym ten skład. Na Mszy... wiodącą rolę grała trąbka, wydaje mi się, że tak, jak w zespole prym wiódł trębacz. 

Olgierda Dokalskiego mogliście kojarzyć w tamtych czasach też choćby z zespołów Daktari, Altona czy projektu Nor Cold, tudzież rozmaitych fuzji między nimi. Poznałem go wówczas jako człowieka nie tylko aktywnie współtworzącego bohemiarskie skądinąd środowisko skupione wokół dawnej siedziby warszawskiej klubokawiarni Pardon, To Tu, ale przede wszystkim twórcę o radykalnie awangardowym sposobie myślenia. Szczerze mówiąc, mam poczucie, że żadne z jego użyć instrumentu, gdzie skala rozpinała się od klezmerskich motywów po krzykogry przywodzące na myśl wariactwa Jacka Ostaszewskiego w Osjanie, ani żaden z nieoczywistych kontekstów, w jakich jego trąbka brzmiała, nie wypełniały dostatecznie stojącej za nimi kminy Olgierda. Robiłem z nim jakiś wywiad, poza taśmą w rozmowie opowiadał mi o swoich planach i pomysłach - i, dalibóg, nigdy wcześniej ani później nie słyszałem czegoś takiego. 

Kiedy słucham jego ówczesnych albumów dziś, mam poczucie, że ich motorem było jakieś gryzące poczucie niespełnienia. Myślę też, że minęło mu ono bezpowrotnie, kiedy wsłuchuję się w jego późniejsze rzeczy, sygnowaną nazwiskiem płytę Mirza Tarak czy nie mniej od poprzednich porywający i awangardowy, ale podszyty spokojem ostatni album kIRku, Ich dzikie serca z 2018.

 

Ale szczególne miejsce zajmuje w moim uchu drugi album tria, Zła krew z 2013 roku. Projekty Olgierda były wówczas naprawdę na fali wznoszącej, publiczności zbierały się dla nich coraz szersze i coraz zagraniczniejsze - a na tej płycie wylał się mrok, i to taki, że autentycznie się tego albumu boję. Znam go dobrze, wiem, na jakie przeżycie się piszę, kiedy go słucham. Więc słucham go rzadko. 

Sekwencje rytmiczne, fundament wszystkich sześciu utworów składających się na trzy kwadranse kIRkowej muzyki, są tu brutalnie toporne, w długim trwaniu stają się jak nie mogący się skończyć korytarz, jak zaspa, w którą nie przestajesz się zapadać, choć wiesz, że po drodze z każdej strony może - i będzie - coś czyhać. Te zbasowane, elektroniczne struktury spod ręki Pawła Bartnika łapią za pysk, męczą, niepokoją, ale nie pozwalają stracić uwagi, w swojej repetytywności budując ciężkie, przewrotnie jednak bujające gruwy. Zła krew w ogóle ma w sobie więcej z hip-hopu niż poprzedni album tria, szczególnie mocno stoi gramofonami Filipa Kalinowskiego. Ale gdyby tak wyglądał turntablism, hip-hop były ucieleśnieniem koszmaru na ziemi.

Mądrzejsi ode mnie mówią, że to, co gra kIRk, miało i wcześniej swoją gatunkową nazwę "illbient", czyli że ambient, ale chory. Ja szczęśliwie nie jestem mądrzejszy od siebie, więc kiedy w pierwszym utworze łapie mnie za mordę brudno ucięty sampel przedstawiający się słowami "I am", po czym zapętla się, trzeszczy i rozciąga, uporczywie przekonując mnie, że jest, przez kolejne cztery minuty, po prostu daję mu się złapać. I zdążam przejść w głowie przez wszystkie znane mi konotacje tak wyrażonej deklaracji. 

Ale zaczynałem o Dokalskim, więc o Dokalskim. Jego trąbka potrafi tu zabrzmieć a to jak skowyt zdychającego w lesie zwierza, a to jak krztuszenie się noworodka, rozbłyskuje na powierzchni sunącego beatu, tylko po to, żeby zaraz zwyrodnieć, najwyraźniej samplowana, efektowana i poddawana skreczom w czasie rzeczywistym. Nawet, kiedy na moment wybrzmi w tym wszystkim jaśniejszy motyw, miks za moment zbliży go tak bardzo, jakby Olgierd wykrzykiwał ci go wprost do ucha. Bo miks, miks jest osobnym bohaterem tego albumu. I te okrutne, zwodnicze zabawy panoramą. 

O ile żadna z płyt kIRk-u nie jest łatwa, Msza święta w Brąswałdzie to muzyka do picia wódy, a Ich dzikie serca - do przeżywania trudnej metafizyki, to Zła krew naprawdę jest seansem dla odważnych. Niezwykle plastycznym zapisem zła, wycieczką w mrok i zimno. Sam dla bezpieczeństwa wróciłem do odsłuchu Złej krwi na rzecz tej noty, biorąc gorącą kąpiel - wiecie, takie self-care'owe warunki. A mimo to przez te trzy kwadranse strasznie marzłem. Mówiłem, że szczerze boję się tego albumu, myślę, że na swój sposób bali się go też muzycy zespołu, nie tylko dlatego, że w czasie eksploatacji materiału zostali do cna okradzeni ze sprzętu na jednym z zagranicznych festiwali. 

Z takiej muzyki i takich przygód można się nie pozbierać. Zbierał się po tym długo i kIRk - ale szczęśliwie wrócił w świetnej formie. // AKD

Tekst powstał w ramach inicjatywy OFF MINE, autorami tekstu są Norbert Sosik, Szymon Kazimierczak oraz Adam Karol Drozdowski - twórcy bloga Polska z Offu.

fot. Adrianna Gołębiewska


O autorach

Polska z Offu – to blog poświęcony polskiej muzyce offowej prowadzony przez „Dla Kontrastu. Fundację na rzecz kultury niezależnej”, a także playlista w serwisie Spotify zbierająca najciekawsze premiery. Mówią o tym, co ich w muzyce jara, promują rodzimych twórców i nieustannie zaskakują kolejnymi odkryciami. Towarzyszy im miłość do muzyki i powtarzane jak refren pytanie „czemu to ma tak mało wyświetleń?”.

https://www.facebook.com/polskazoffuhttps://open.spotify.com/playlist/polskazoffu


OFF MINE to digitalowa część OFF Festival Katowice, którą chcemy współtworzyć wspólnie z Wami - naszą festiwalową publicznością! Ty też możesz opowiedzieć swoją festiwalową historię. Jesteśmy również otwarci na twórców treści. Na co dzień dzielimy się muzyczną pasją w grupie tematycznej. Dołącz do nas!