Offmine

Polska z Offu: Warto posłuchać vol. I

09.12.2020

Na co dzień na naszym blogu Polska z Offu skupiamy się na aktualnych premierach i trochę brakowało nam miejsca, żeby móc opowiedzieć o płytach, do których chętnie wracamy, a które premierę miały kilka, kilkanaście, czy kilkadziesiąt lat temu. Na szczęście pojawiło się OFF MINE, dzięki któremu możemy otworzyć nasze zakurzone muzyczne szuflady i polecić Wam trochę świetnej muzyki.

Łapcie więc pierwszą transzę tekstów o albumach i zespołach, których naszym zdaniem warto posłuchać:

 How To Disappear Completely (HTDC) – Mer de Revs (I, II, III), 2016-2018, wyd. WITHINWITHOUT

Jeżeli czujecie się choć trochę fanami post-rocka, jest duża szansa, że spędziliście na YouTube’ie wiele godzin, poszukując tych kilku albumów, nieodkrytych diamentów, w których zakochacie się od pierwszych dźwięków. Tak było ze mną i HTDC, tak trafiłem na pierwsze Mer de Revs, a później drugie i trzecie. Jest znakiem naszych czasów, że, zwłaszcza w offie, to media takie jak YouTube, Bandcamp, czy Soundcloud pełnią funkcje dawniej zarezerwowane dla wydawców, promotorów i tego słynnego „starego MTV” – z tą różnicą, że tutaj wszystko dzieje się w bezpośredniej relacji zapaleńców z niszowych kapel i rzeszy oddanych fanów, czekających na swoje nowe ulubione płyty. Ale też z początku tożsamość odkrywanych w ten sposób zespołów jest zawieszona gdzieś w nieokreślonej internetowej przestrzeni, wyraża się tylko przez dźwięki i identyfikacje wizualne. Tym większe było moje zdziwienie, kiedy na facebookowej stronie HTDC wyczytałem: „a live collective based in Poland”.

Każdy z albumów Mer de Revs powstawał podczas trwających rok sesji nagraniowych. Niespieszne tempo powstawania albumów, połączone z ascetycznym zestawem instrumentalnym (syntezator Yamaha DX7, taśmowe loopy, dźwięki starych kaset VHS i przetworzone dźwięki gitar), doskonale oddają muzyczny charakter zespołu. To muzyka dla cierpliwych, stworzona po to, by towarzyszyć snom, a nie codziennym czynnościom. I coś w tym jest, bo How To Disappear Completely najlepiej słucha mi się, leżąc już w łóżku i próbując zasnąć. Niespiesznie rozwijające się kompozycje, o trudnej do uchwycenia strukturze, rozmywają czas i przestrzeń – słuchając każdego z nich nigdy do końca nie wiem, w którym dokładnie miejscu albumu aktualnie jestem, a sen zawsze przychodzi niespodziewanie. Mer de Revs to dla mnie opowieści o spokoju nieokreśloności, swobodnym dryfowaniu myśli, braku granic i definicji, snuta gdzieś przy powoli dogasającym ognisku. Jeżeli jeszcze nie znacie tych płyt, koniecznie spróbujcie. Ale nie odpalajcie ich jako tło do pracy czy podróży. Poczekajcie spokojnie do wieczora i włączcie sobie którąś z nich na dobranoc. // NS

Babadag – Babadag, 2012, wyd. LADO ABC

Dlaczego Ola Bilińska jeden ze swoich najciekawszych projektów nazwała Babadag – tego nie wiem na pewno. Ale myślę, że to piękne słowo komunikuje jakieś marzenie o odległej krainie, której nie widać z okien naszych domów, ale do której chciałoby się choć odrobinę zbliżyć. Bilińska w swojej twórczości bardzo często zabiera słuchaczy w światy innych, choć przecież nie tak kompletnie nieznanych nam kultur – komponując piosenki do tradycyjnych pieśni miłosnych (Libelid) czy kołysanek (Berjozkele) w jidysz czy zagłębiając się w muzyczną etnografię litewskiej ludowszczyzny na niedawnej płycie Šulinys. Nawet retro popowa Muzyka Końca Lata, z którą jest od lat związana jako wokalistka, jest także przecież swego rodzaju wycieczką, tyle że w czasie – do big beatowych brzmień i nieco trącących myszką marzycielskich love songów.

Jeżeli ktoś nie zna jeszcze wszechstronnej osobowości tej wokalistki, kompozytorki i instrumentalistki, polecałbym sięgnąć na początek po debiutancki album Babadag z 2012 roku, wydany przez LADO ABC. Krzyżują się w nim rozmaite tropy i inspiracje, które znajdą ciekawe kontynuacje i rozwinięcia w kolejnych projektach Bilińskiej, zaś wyciszony nastrój i subtelna produkcja kontrastują w nim z eksplozją kompozytorskiej i aranżacyjnej oryginalności.

Na Babadag mamy całą paletę zaskakujących wyborów aranżacyjnych: najczęściej dźwięczą na nim dzwonki chromatyczne (otwierający Long Long czy przebojowy O Mother O Father) i steel pan (wspaniały finał utworu Moon czy Clay) – instrumenty, które niezmiernie rzadko są wykorzystywane w pierwszoplanowych rolach, tutaj nabrały nieznanego mi dotąd blasku. Nieco vibe'u country wprowadzają nieraz partie banjo (Bare Feet, Dirt Road czy Water O Wide), a wyraźniej niż gitarę elektryczną słychać tu brzmienie cymbałów czy glockenspiela. Sekcja rytmiczna często ograniczona jest do uderzeń pałeczek perkusyjnych, pięknie brzmiąca gitara basowa odzywa się nieczęsto, ale zawsze z wyrazistymi partiami. Pełny zestaw perkusyjny gra na płycie bodaj dwa razy, dając ledwie posmak estetyki alternatywnego rocka.

Najważniejszym instrumentem jest tu jednak krystaliczny głos Oli Bilińskiej – raz szepczący w dużej bliskości od słuchacza, innym razem budujący rozległe, spogłosowane przestrzenie, jeszcze innym razem nawiązujący do tradycyjnych pieśni ludowych. Inspiracje folkiem rozmaitych proweniencji przejawiają się na Babadag w doborze instrumentów, ale i w tematyce tekstów, w których pełno jest odwołań do świata dzikiej natury i fascynacji żywiołami.

Ówczesnemu składowi Bilińskiej udało się połączyć bogactwo niecodziennych brzmień z  minimalizmem wykonania i aranżu. Udała się także czytelna międzygatunkowa zabawa, która nie trąci jednak postmodernistycznym dystansem, ale daje przestrzeń na osobiste przeżycie. Babadag to nie jest płyta z piosenkami folkowymi, indie-rockowymi czy alternatywnymi kołysankami (choć tę ostatnią estetykę przywołuje utwór Long long) – to bogaty, mglisty i piękny świat, jak ten z okładki albumu, który spaja nietuzinkowa wyobraźnia muzyczna Oli Bilińskiej. // SK

Andrukhovych & Karbido – Absinthe, 2013, wyd. Hermetyczny Garaż

To są wszystko zjawiska, ten album, ta kapela i ta kooperacja. Wrocławski kolektyw Karbido opisałem kiedyś jako najlepszy polski zespół i gotów jestem nadal się pod tym podpisywać - przy czym nie chodzi mi tu tylko o jakości artystyczne. Karbido dla mnie, zawodowo zajmującego się offowym teatrem, było i jest jedną z kilku grup, które swoją praktyką uczą, co to znaczy być offowcem, czy raczej, jako że to naprawdę ledwie kilka grup - co to może znaczyć. Zespół złożony z wybitnych muzyków, z których każdy zajmuje się na co dzień twórczą pracą w różnych branżach, czy to profesjonalnie udźwiękawiając filmy, czy komponując muzyki do spektakli teatralnych, gnany jest takim rodzajem eksperymentatorskiego głodu, że trudno się dziwić, że musiał założyć własne studio i własne wydawnictwo. Bo kto inny niż samo Karbido lepiej wyprodukowałby cykl (wydanych płytowo) koncertów granych na nagłośnionych autorską technologią budynkach, czy dwa audioperformanse wykonywane na deskach teatrów przy użyciu spreparowanego stołu?

No tak, ale klasyczniej rozumiane płyty także Karbidzi nagrywają. A być może najciekawsze z nich powstały we współpracy z ukraińskim pisarzem Jurijem Andruchowyczem. Ich pierwszy wspólny album z 2006 roku brzmi jeszcze jak, co prawda nieprzewidywalnie żywy, ale jednak projekt inspirowany przez festiwal literacki. Na to, co się od tamtej pory zdarzyło w ich muzycznej przygodzie wraz z rozwojem wspólnej relacji, nie znam odpowiednich słów. Wyobraźnia Andruchowycza, uszyta z modernistycznych ciągot, galicyjskich tęsknot i punkowej przewrotności znajduje w kompozycjach Karbido fantastyczne przedłużenie, gdzie w ciągu jednej anegdoty, wróć, piosenki, muzycy potrafią prowadzić słuchacza przez noise’owe pejzaże, operowe sample, lawiny freejazzowych solówek, potężne progrockujące gitarowo-elektroniczne repetytywy, bluesowe groovy, a i jeszcze poprzetykają to błyskotliwymi dźwiękowymi dowcipami.

Potrafią, ale nie muszą, więc jak zaraz będzie trzeba, muzyka wycofa się ku absolutnemu minimalowi - bo przede wszystkim Karbido z Andruchowyczem doskonale wiedzą, czemu ta cała szajba służy. Album Absynt jest bowiem muzyczną odpowiedzią - “adaptacja” to w tym wypadku nietrafione słowo - na powieść Perwersja, i w swoim przebiegu, w całościowej, słowno-muzycznej dramaturgii, sam jest powieścią, jest narracją tej rangi. Za każdym razem, kiedy siadam do odsłuchu tego albumu, jestem przygotowany na emocjonalną podróż jak przy najlepiej trzymającym w napięciu filmie; przeżywam tę opowieść zawsze mocno - i zawsze synestetycznie, słyszę tę muzykę obrazami. Ba! I to pomimo świadomie podkręconej “patchworkowości” materiału, gdzie obok stylistycznej różnorodności podchodzącej pod obłęd w podawanym przez Andruchowycza tekście pojawia się na równych prawach kilka języków.

Nie ma na You Tube’ie wielu wyjątków z tego albumu, jakieś live’y - i bardzo dobrze. Lepiej wziąć głęboki wdech i posłuchać go w całości, inaczej się nie liczy. //AKD

Tekst powstał w ramach inicjatywy OFF MINE, autorami tekstu są Norbert Sosik, Szymon Kazimierczak oraz Adam Karol Drozdowski - twórcy bloga Polska z Offu.

fot. Adrianna Gołębiewska


O autorach

Polska z Offu – to blog poświęcony polskiej muzyce offowej prowadzony przez „Dla Kontrastu. Fundację na rzecz kultury niezależnej”, a także playlista w serwisie Spotify zbierająca najciekawsze premiery. Mówią o tym, co ich w muzyce jara, promują rodzimych twórców i nieustannie zaskakują kolejnymi odkryciami. Towarzyszy im miłość do muzyki i powtarzane jak refren pytanie „czemu to ma tak mało wyświetleń?”.

https://www.facebook.com/polskazoffuhttps://open.spotify.com/playlist/polskazoffu


OFF MINE to digitalowa część OFF Festival Katowice, którą chcemy współtworzyć wspólnie z Wami - naszą festiwalową publicznością! Ty też możesz opowiedzieć swoją festiwalową historię. Jesteśmy również otwarci na twórców treści. Na co dzień dzielimy się muzyczną pasją w grupie tematycznej. Dołącz do nas!