Offmine

Pani Kiczcock: Idole, których nie było

14.10.2020

W dyskusjach o związku muzyki i kina zazwyczaj pojawiają się tematy filmów biograficznych, aktorskich występów muzyków i tworzonych przez nich soundtracków. Dużo rzadziej mówi się za to o zespołach i artystach będących owocem inwencji twórczej reżyserów i scenarzystów. Fikcyjnych artystów znajdziemy w kinie całkiem sporo, w przeróżnych odsłonach. Warto więc przyjrzeć się ich rodzajom, sposobom tworzenia i wykorzystania w kinie.

Przeważającą większość fabuł opowiadających o fikcyjnych zespołach stanowią quasi-biografie. Dzięki stworzeniu postaci artystek i artystów, twórcy zyskują pełną swobodę w ukazywaniu blasków i cieni sławy, co w przypadku adaptowania życiorysów rzeczywistych osób nie zawsze jest w pełni możliwe. W ten sposób Lou Adler przedstawił problem traktowania młodych dziewcząt w przemyśle muzycznym, równocześnie poruszając temat „sprzedania się”, w „Ladies and Gentlemen: The Fabulous Stains” (1982). Natomiast we „Franku” (2014) Lenny’ego Abrahamsona zobaczyć można efekty osobistego wypalenia gwiazdy (scena na festiwalu SXSW) i proces rozpadu zespołu. A może chcecie poznać skutki życia „na świeczniku” od najmłodszych lat („Vox Lux” Brady Corbeta)? To wszystko znajdziecie w muzycznym kinie!

Członkowie i członkinie fikcyjnych zespołów nie zawsze są bohaterami fabuł dotyczących tematyki rozwoju kariery przemysłu muzycznego. Choć „Green Room” (2015) rozpoczyna się od punkowego koncertu w miejscu, w którym nigdy nie powinien się odbyć, sama fabuła bynajmniej nie dotyczy muzyki. Główni bohaterowie filmu Jeremy’ego Saulniera, The Ain’t Rights, stają się bohaterami survivalowego thrillera. Z kolei w „Tej nocy będziesz mój” (2011) wokalista i wokalistka rywalizujących zespołów stają się bohaterami komedii romantycznej. Dwójka postaci, przypięta do siebie kajdankami, przemierza szkocki festiwal T in The Park, poszukując zaginionego kluczyka, który zwróci im wolność. Reżyser filmu, David Mackenzie, wykorzystuje prostą fabułę do pokazania festiwalu muzycznego „od kuchni”, ale sama muzyka nie ma u niego wielkiego znaczenia.

Bywa też, że fikcyjny zespół stanowi jedynie dopełnienie świata przedstawionego, a same osoby członków i członkiń nie mają bezpośredniego wpływu na fabułę. Do tego grona zalicza się m.in. grupa występująca w „Metrze” (1985) Luca Bessona. Jej członkowie pojawiają się w filmie epizodycznie, z samą fabułą nie łączy ich więcej niż przyjaźń z głównym bohaterem, Fredem. Mimo tego z filmu, bardziej niż samą fabułę, zapamiętuję się finałową scenę koncertu, gdzie przebojowe „Guns and People” Erica Serry idealnie współgra ze śmiercią jednego z bohaterów. Elementem dopełniającym ukazaną rzeczywistość są także pojawiający się w „Harrym Potterze i Czarze Ognia” The Weird Sisters. Występ grupy złożonej m.in. z Jarvisa Cockera i członków Radiohead na szkolnym balu podobnie jak w „Metrze” jest jednym z najbardziej charakterystycznych momentów filmu.

Filmy o fikcyjnych zespołach bywają nierzadko przejawem retromanii. Wyrażają tęsknotę za gatunkami muzycznymi, które dawno wypadły z mainstreamu lub nostalgię związaną nawet nie za samą muzyką, co powiązaną z nią modą i stylem życia. Kochacie glam rock, klasyczny rock’n’roll, a może britpop? Z pewnością znajdziecie film, który podaruje Wam upragniony nostalgia trip.

Tę filmowo-muzyczną retromanię reżyserzy i reżyserki wykorzystują w przeróżny sposób. Najpopularniejszym, bo najbardziej oczywistym i prostym w realizacji, jest podejście „na poważnie”. Powstałe filmy są zazwyczaj pełne niemal bezkrytycznej nostalgii i charakteryzują się klasyczną konstrukcją. „Eddie and the Cruisers” (1983) to dobry przykład tej kategorii filmowej retromanii. Przykurzony już obraz Martina Davidsona przedstawia historię zespołu rock’n’rollowego z lat 60. Film mocno przypomina kino biograficzne. Jedynym drobnym odejściem od jego schematu jest spinająca „Eddie and the Cruisers” klamra dziennikarskiego śledztwa. Sam sposób przedstawienia lidera zespołu, Eddiego, zgrabnie wpisuje się w odwieczny, romantyczny mit zmarłego młodo artysty. Tytuł płyty The Cruisers „Season In Hell” („Sezon w piekle”) to wszak nieprzypadkowe nawiązanie do Arthura Rimbauda. „Eddie and the Cruisers” to kino bardzo bezpieczne, a zarazem ciekawe z dzisiejszej perspektywy. Pokazuje bowiem, że retromania to starsze zjawisko, niż mogłoby się wydawać i że już w latach 80. myślano „kiedyś to było”.

Kinowa retromania to jednak nie tylko klasyczne quasi-biografie. Wśród filmowych spojrzeń wstecz na idoli, którzy nigdy nie istnieli, na szczęście znajdziemy też obrazy niepozbawione dystansu. Jednym z moich ulubionych jest „Velvet Goldmine” (1998). Opowieść o Brianie Slade i Curcie Wildzie, liderach The Venus in Furs i The Wylde Ratz, to swego rodzaju filmowy fanfik. Inspiracją dla filmu Haynesa stała się historia przyjaźni Davida Bowie i Iggy’ego Popa. A może czegoś więcej? – pyta reżyser. Kultowy „Velvet Goldmine” jest jednym z najbardziej udanych filmowych powrotów do przyszłości. Jego siła leży w fakcie, że twórca patrzy na glamowe lata 70. w równym stopniu z utęsknieniem i swego rodzaju ironicznym dystansem. Obok zachwycających scen koncertów i glamowych teledysków, znajdziemy elementy fantastyczne i drobne elementy animowane. Ponadto cała historia opowiedziana jest z perspektywy nie muzyków, a ich fana, zdobywającego informacje o swoich idolach z młodości. Tymi sposobami Haynes przypomina, że to, co widzimy jest jedynie piękną bajką w klimacie retro.

W tym momencie pojawia się pytanie: a co z muzyką? By uczynić fikcyjny zespół jak najbardziej autentycznym i zapewnić widzowi pełną immersję, zazwyczaj zostaje stworzony zestaw oryginalnych utworów. Reguła ta sprawdza się w większości wymienionych wcześniej przypadków, np. u The Fabulous Stains, The Soronprfbs, The Weird Sisters czy Eddie and The Cruisers. Czasami bywa, że sam utwór fikcyjnej grupy staje się bardziej znany niż film lub serial, z którego pochodzi. W końcu nie każdy wie, że np. „Sugar, Sugar” wziął się z kreskówki „The Archies”. 

Nie zawsze jednak utwory w filmach o fikcyjnych zespołach to kompozycje oryginalne. We wspomnianym wyżej „Velvet Goldmine” usłyszymy covery klasyków glam rocka i piosenek Iggy’ego Popa. Decyzja o ich wykorzystaniu jest jak najbardziej słuszna, bo jeszcze bardziej podkreśla fanfikowy charakter filmu. Również w „Green Room” wykorzystano cover. Wykonanie „Nazi Punks Fuck Off” Dead Kennedys staje się w nim zapalnikiem dla całej fabuły. Lepiej pasującego w to miejsce utworu chyba nie dałoby się wymyślić.

Ciekawą kwestią jest również to, co dzieje się ze stworzonymi na potrzeby filmu zespołami. Większość z nich kończy „karierę” na występie filmowym. W końcu większość z nich to po prostu postaci odgrywane przez aktorów, niezajmujących się na co dzień muzyką. Zdarzają się jednak wyjątki od tej reguły. Jednym z najbardziej znanych jest bez wątpienia grupa Leningrad Cowboys, będąca owocem współpracy Akiego Kaurismäkiego i członków Sleepy Sleepers. Fikcyjny zespół wystąpił w kilku filmach Fina, m.in. w „Leningrad Cowboys jadą do Ameryki” (1989). W końcu Leningrad Cowboys zaczęli żyć własnym życiem. Tym sposobem koncertują i wydają albumy do dziś.

Na temat filmów o fikcyjnych zespołach można powiedzieć jeszcze dużo więcej. Mam jednak nadzieję, że udało mi się zachęcić Was do zapoznania się z tym typem kina.

Tekst powstał w ramach inicjatywy OFF MINE, autorem tekstu jest Pani Kiczcock, twórca bloga Pani Kiczcock.


O autorze

Filolożka z wykształcenia, pochłaniaczka kina, książek i muzyki z zamiłowania. Entuzjastka fotelowej nostalgii, w szczególności kocha lata 70. i 80. Na swoich blogowych socialach nigdy nie pokazuje twarzy.

 https://www.facebook.com/kiczcockpani/


OFF MINE to digitalowa część OFF Festival Katowice, którą chcemy współtworzyć wspólnie z Wami - naszą festiwalową publicznością! Ty też możesz opowiedzieć swoją festiwalową historię. Jesteśmy również otwarci na twórców treści. Na co dzień dzielimy się muzyczną pasją w grupie tematycznej. Dołącz do nas!